O nas
Jeśli odwiedziłeś już strony innych hodowców kotów rasowych (a jestem pewna, że tak właśnie jest), to z pewnością wiesz już czego możesz się spodziewać. I tu chcę cię zaskoczyć. Nie jesteśmy typowymi hodowcami, nastawionym na zysk z kociaków. Jesteśmy zwykłą trzyosobową rodziną, a nasze koty to po prostu domowe pieszczochy. Fakt, jesteśmy zarejestrowani w lubelskim oddziale ICF pod nazwą LAMAN*PL, ale nas troje, nasze koty i zwykłe mieszkanie na drugim piętrze w bloku trudno określić nazwą hodowli. Tak więc nie znajdziesz u nas kocich kolekcjonerów tytułów. Po prostu nie wozimy kotów na wystawy więcej niż to jest konieczne.
Kaśka trafiła do nas w sposób raczej nietypowy. Fakt: jak każdy miłośnik kotów zawsze marzyłam o „wielkim
domowym tygrysie” i jak większość ludzi w Polsce zawsze w moim domu mieszkały „zwykłe dachowce”. Było tak zanim po raz pierwszy usłyszałam o rasie Maine coon i zanim zaczęłam zbierać informacje na ich temat. Byłam oczarowana. Opisy tej rasy brzmiały jak moje marzenia o kotach: wielkie, łagodne, skore do zabawy, przywiązujące się do człowieka jak żadne inne, piękne i pierwotne, nie zniekształcone latami genetycznego doboru. Bajka. No, prawie, bo jeśli nawet gotowa byłam przełknąć jakoś koszt zakupu takiego kociaka to... No właśnie. Schody zaczęły się przy rozmowach z hodowcami. Żądano ode mnie np. wstawienia krat w okna, podpisywania cyrografów, iż karmić będę kota tylko koszmarnie drogą karmą, będę dbać o jego zdrowie psychiczne, zapewnię mu odpowiednie towarzystwo itp. itd. Rozumiem: jak się coś kocha, to dba się o to z wszystkich sił, ale to nie był mój świat. I nie był to świat moich kotów.
(W
tym miejscu muszę stwierdzić, że jeśli ktoś po przeczytaniu mojego wcześniejszego
tekstu nieprzychylnie nastawił się do hodowców kotów to błąd. Jak wszędzie
wśród pasjonatów większość to wspaniali ludzie. Ja tylko miałam pecha.)
Zrezygnowałam.
I wtedy właśnie zjawiła się Kaśka. Skończyła właśnie trzy lata i jak większość
kotek tej rasy poczuła „wolę bożą”. W hodowli, w której przebywała, nie
było samca jej rasy, choć nie brakowało innych. Rzecz jasna było to źródłem
wielu kłopotów i jej poprzednia właścicielka postanowiła oddać ją w dobre
ręce. Byłam w rozterce. Moje marzenia mogą się spełnić, ale... Pamiętałam
te gotowane piersi z kurczaka, mieloną wołowinę najwyższej jakości itd. Co
ja zrobię z kotką o takich przyzwyczajeniach kulinarnych? A jednak. Właścicielka
Kaśki okazała się zwyczajną kobietą. Postawiła tylko jeden warunek: biorę
Kaśkę razem z siedmiotygodniową córką. Wzięłam i nie żałuję. Są
wspaniałe. Obie. Co prawda Zuzia swoich pierwszych siedem tygodni spędziła (jak na dużą hodowlę przystało) razem z innymi kociakami w specjalnie do tego celu przygotowanym pomieszczeniu: czystym i ciepłym, ale rzadko była brana na ręce i na zawsze pozostanie już
dzikusem, ale w końcu dzieci i koty nie muszą być na pokaz. Za to Kaśka wdzięczy się do każdego, uparcie włazi na kolana, mruczy, gada na dziesięć różnych sposobów, jak pies czeka na zabawy sznurkiem lub piłką
i po prostu jest piękna oraz kochana.
No, a potem zaczęły się problemy z ciążą Kaśki. Na wyjazdach w celach
prokreacyjnych przeżywała zbyt wielki stres by zajść w ciążę. I tak trafił
do nas Jabali przez nas nazwany Berenem.
A
kiedy Beren wyrósł na pięknego kocura zaproponowano nam, w zamian za jego
"usługi", malutką Najah. I czy można było się oprzeć? No, a
potem zjawiła się Dajmona... Co prawda
mój mąż co jakiś czas stwierdza, iż mnie razem z moimi kotami wyrzuci przez
balkon, ale... gdy przychodzi do domu z mini wita się najpierw...